
Wydawać by się mogło, że łowienie karpi to odpowiednie dobranie elementów zestawu,odnalezienie odpowiedniej miejscówki, podanie ,,karpiowego papu” i czekamy na branie. Same te czynności są niekiedy czasochłonne i wymagają wielkich starań. Jednak za to wszystko dostajemy w nagrodę upragnione branie, dla każdego karpiarza jest to chwila krótka lecz przyjemna… Ale czy zawsze ?
30 czerwiec…. Uff, nareszcie wakacje- wolne, można odpocząć, jest czas na to co lubimy – Karpiowanie! Wybieram się już na drugą zasiadkę tych wakacji, moim celem jest pobliska dzika woda, jestem bardzo do niej przywiązany, małe jeziorko, mocno zarośnięte z gdzie niegdzie czystymi plackami…
Nad wodą zjawiam się już o godz. 5 rano, pełny optymizmu, wiary w siebie, rozkładam sprzęt, pompuję ponton. W ciągu 15 minut wszystko rozłożone, czas na zestawy… wybieram zawsze dwa miejsca, środek jeziorka ok. 3.8 metra głębokości oraz trzciny po drugiej stronie w zatoczce ok. 2.7 metra głębokości, z racji, że po braniu karpie zawsze próbują się wbić w pas trzcinowiska, stosuje kilku metrowy odcinek grubego leadcore’a 35lbs a przypon wykonuje z fluorocarbonu. Na środku stawku, już nie obawiam się o tak mocne wybryki karpi jakie pokazują w zatoce, toteż do przyponu używam miękkiej plecionki 25lbs w otulinie, i standardowo 1 metr leadcore’a. Na obu zestawach haki typu Wide Gap, najlepsze według mnie na tej wodzie. Nęcę skromnie, nie obficie, każde mocne sypanie np. dywanowo kończy się porażką do końca zasiadki. Na każdy kij sypie po dwie garści drobnego pelletu 3mm-8mm Green Liped Mussel, Garść jak konopi tak i kukurydzy, dodatkowo na haki nabijam na nici 3 kulasy. Jako przynęty daję kulkę o zapachu squida, Matko… jak one dają po nosie, zaczynam się zastanawiać czy aby nie przesadziłem z dawką flavoura? Nie, jest dobrze, duża ilość roślinnośći i nie wielka warstwa mułu zrekompensują ten zapach. By podnieść od dna przynętę, dokładam po połówce pop-up’a na oba zestawy. Wywożenie odbywa się bez jakichkolwiek problemów, staram się kłaść zestawy bardzo dokładnie, bo tak naprawdę, te czyste placki to nie sam piasek tylko muł i co pół metra kępka roślin.

Godzina 5:40 mam wszystko gotowe, mogę spokojnie rozsiąść się w fotelu i delektować się pięknym widokiem wschodzącego słońca, zapowiada się na bardzo skwarny dzień, jakoś przeżyję. Za niecałe półtorej godziny już branie ! Nie mogę uwierzyć, tak szybko ryba tutaj nigdy nie podchodzi. Słyszę powolne pip pip, swinger wędruje pod sam kij, łapie za szpule, przytrzymuję go, branie z zatoki, czuję trzy mocne uderzenia, ryba jest niesamowicie silna, jeszcze takiej masy nie czułem nigdy! Zapiera się w jednym miejscu, niestety kilka chwil, i nagle coś strzela! Tak, coś puściło, spiął się ? Nie możliwe… Patrzę w miejscu gdzie był zestaw, Coś niesamowitego ! Zaraz po spięciu ryby w tym samym punkcie, na powierzchni wody, zrobił się ogromny wir, jakby przepłynęła tamtędy motorówka. Trochę osłupiały, ściągam zestaw. Zestaw ? tu nie ma żadnego zestawu ! W połowie siedmiometrowego odcinka, strzelił leadcore… Nie możliwe, przecież karp nie zdążył wejść w trzciny, nie mogło się przetrzeć, Nigdy na tej wodzie nie zdarzyło mi się, żeby coś zerwało mi zestaw, siadam w fotelu, muszę ochłonąć, z trzęsącymi rękoma wiąże następny, sprawdzam przy okazji czy leadcore może jest uszkodzony, nie, nigdzie nie strzela, to o co chodzi ? Zestaw wywiozłem w przeciągu następnej godziny, nie spieszy mi się, znając to jeziorko, przez taki młyn jaki tam był, już nie ma szans na poprawkę, przynajmniej w tym dniu. Cały dzień myślałem tylko o tym co się stało rano, ryba była naprawdę duża.
Na wieczór przewożę kij z zestawem ze środka jeziorka w to samo miejsce, jednak już rezygnuję z kukurydzy i kulek na nici rozpuszczalnej, daję garść konopi i dwie pelletu. Zatokę zostawiam w spokoju, mam pewność, że jest dobrze wywiezione, więc nie ruszam.
Zasypiam bardzo szybko, zmęczony dziennym upałem, zapominam o poranku i spię.

Godz. 1:40, Jedzie ! Znowu zatoka, coś nie samowitego, dodam, że zwyczaj tej wody jest taki, że jadąc na nocke lub dwie - tzn. że jedziemy po jedną rybę, są strasznie płochliwe. Ale tym razem jest zupełnie inaczej, już drugie branie, zacinam szybko rybę, jest kiepsko, karp miał dużo czasu, pewnie już siedzi w trzcinie dupek, poczułem tylko kilka uderzeń ale to nie są uderzenia jak te wczoraj rano, Tak, ten jest już mniejszy. Kilkanaście sekund i… ściana. Przynajmniej już nic nie strzeliło! - myślę sobie, wsiadam w ponton, po cichu dopływam do miejsca, jestem już trochę zmarnowany, przez całą drogę, nie poczułem żadnego życia pod drugiej stronie plecionki, co się okazuje ? Myślałem, że wyskoczę z pontonu ze wściekłości, 3-4 pałąki trzcinek zawinięte końcówką leadcora i początkiem żyłki amortyzującej, a co z zestawem ? No co, zestawu znowu nie ma ! znowu strzelił leadcore, nie wiedziałem co robić, może krzyczeć ? Przyrzekam sobie, że na następny raz kupuję strzałówkę z żyłki, minimum 0.60mm, Tak minimum! Wracam do brzegu, jestem wściekły, przecież to żadna przyjemność ! Wiążę znowu zestaw, myślę co dać innego zamiast tego marnego leadcore’a ? Sama plecionka z cieńką żyłką amortyzującą odpada… nie mam nic innego prócz właśnie, właśnie niego. Wiążę go i zaklinam, znowu sprawdzam, przecież nigdzie nie strzela, z całych sił próbuję go zerwać, nie da się ! Przewożę, jestem rozdrażniony, ciemno, komary, muszki, zjeżdżające dłonie z wiosła, jeszcze tylko ponton nie strzelił. Kładę zestaw, udaje się, czysto, zasypuję tylko trzema garściami pelletu. Sonda wskazuję drobniejszą rybę, masę drobnej ryby, przynajmniej coś się dzieje. Boże, żeby chociaż jeden karp się zlitował i uciekł w stronę otwartej wody. Wracam, próbuję zasnąć, nie mogę, serce nadal bije szybko a złość nie przechodzi. Na kiju z zestawem na środku cisza. Ustawiam budzik w telefonie na 9 rano żeby mieć czas na spakowanie gratów, bo już o 10 się zwijam. Jak na jedną noc naprawdę mam dość…
Następuje piękny poranek, jestem nie wyspany, przynajmniej ochłonąłem a budzik okazał się zbędnym pomysłem. Ale karpie jak widać dalej mają ucztę, podczas pakowania znowu zatoka! ta sama sytuacja co wczoraj rano, pojedyńczy pik i swinger pod kijem! Przycinam, czekam na moment kiedy karp mocniej pociągnie i odjedzie by znowu jakimś dziwnym cudem leadcore zerwać. Jednak scenariusz inny, czuję delikatny opór, ryba odpływa od trzcin, nie jest duża ale za to oddaje uderzenia bynajmniej pocieszające. I stop. Znowu ściana, jestem uradowany, czuję, że nareszcie się uda, ponton w pogotowiu, wsiadam, płynę, ciągle go czuję, dopływam do miejsca gdzie się schował cwaniak, odrywam go od dna, jest! Widzę go a z pyska wystaje kawałek żółtej kulki pop-up’a. Niewielki karpik, ale jest!. Kilka prób ucieczki i go mam. Nareszcie ! Krzyknąłem, to niesamowite, trzy brania na tej wodzie w ciągu 26 godzin. Jestem uradowany, zapomniałem o wcześniejszych braniach, ten wyjątkowo cieszył. Jednak wiele bym oddał, by zobaczyć, co mi wisiało na haku podczas tamtego poranka...

Wracam do brzegu, ważę 7.18kg, może nie wiele, ale naprawdę cieszy po koszmarnej zasiadce. Jestem zmęczony, spałem niecałe 2 godziny, widać to na zdjęciu ale radość wewnątrz siebie mam ogromną. Wrócę tu, już za tydzień, lecz tym razem, troszkę bardziej uzbrojony i na pewno nie z leadcorem !
Autor: Szymon Hombek
jarek, 29-12-2010, odsłon: 1426 |